Code Blue
Artykuł zawiera spoilery!
Wyrażenie "Code Blue" to określenie używane przez brytyjskich lekarzy oznaczające konieczność natychmiastowego podjęcia akcji resuscytacyjnej. Skóra chorego, który przestaje oddychać szybko przybiera sinoniebieski kolor. Jeśli natychmiast nie zostaną rozpoczęte czynności ratunkowe, to pacjent umiera. Angielskie słowo "blue" oznacza kolor niebieski, ale używane jest również dla oznaczenia stanu depresji, smutku i braku nadziei.
Film Urszuli Antoniak "Code Blue" rozpoczyna się od sceny resuscytacji. Nie przypomina ona jednak znanych scen ratowania życia z popularnych seriali o służbie zdrowia. Nie ma tutaj niczego widowiskowego, szybkiej akcji zakończonej sukcesem czy dzielnych ratowników lub lekarzy. Na ekranie widać kilkusekundowe ujęcia twarzy umierającego człowieka, rąk personelu, maski twarzowej aparatu Ambu, laryngoskopu, rurki intubacyjnej, strzykawek, sekwencje sztucznego oddychania i masażu zewnętrznego serca, a potem białego płótna przykrywającego zwłoki. Wszystko to w białym i szarym kolorze, sterylne, rzeczywiste do bólu swoją realnością, chwilami jakby w zwolnionym tempie. Patrząc na sylwetki ratowników można odnieść wrażenie jakiejś rezygnacji i doświadczanej przez nich ogromnej presji psychicznej. Gdzieś w podświadomości nasuwają się słowa z poezji Rafała Wojaczka:
"gdziekolwiek pójdę wszędzie straszy śmiercią
daremną
refren gdy piosenki brak
jak długo można taką nieśmiertelność
dźwigać jak berło"
Marian jest samotną czterdziestokilkuletnią pielęgniarką, która rozpoczęła właśnie nową pracę na oddziale onkologicznym. Przeprowadziła się również do nowego mieszkania. W jej pokoju wszystko jest perfekcyjnie uporządkowane, czyste , ułożone, chociaż gdzieś z boku można dostrzec nierozpakowane kartony i nie pasujący do reszty przestrzeni stary zabrudzony materac. To może przypominać sterylną białą przestrzeń szpitala i szarą rzeczywistość codzienności. Marian jest również jakby sterylnie biała w swoim szpitalnym ubiorze i jasnymi włosami i szara swoją twarzą zaoraną przedwczesnymi zmarszczkami, zmęczonym spojrzeniem i sylwetką bardziej chudą niż szczupłą. Może spaliła się już zawodowo przy ciągle wykonywanych nieskutecznych reanimacjach i teraz próbuje odnaleźć spokój opiekując się umierającymi na raka, których nie trzeba już reanimować. Kamera obserwuje ją przy czynnościach pielęgnacyjnych, dotyku zniszczonych chorobą ciał podczas kąpieli, a także podczas podawania dożylnych zastrzyków, które są bardziej działaniem eutanazyjnym niż terapią paliatywną. To sposób, w jaki potrzebuje ona zapanować nad śmiercią, gdyż nie potrafi panować nad życiem. Mają jej w tym pomóc drobne przedmioty (ogryzek ołówka, grzebień z wyczesanymi włosami) należące do zmarłych, które kolekcjonuje na półce swojej szafki. Czy stara fotografia dziewczynki o której Marian mówi, że jest to zdjęcie jej córki, to także przedmiot zabrany komuś zmarłemu? Marian jest w jakimś sensie fascynatką śmierci, a może sama jest już martwa za życia. Stąd fakt stawiania oporu przez jednego z pacjentów przy podawaniu eutanazyjnego zastrzyku wydaje się wywracać jej świat do góry nogami. Może dlatego przyjmuje zaproszenie na party urządzane przez znajomą koleżanki z pracy, gdzie poznaje Konrada - swojego sąsiada, który podobnie jak ona mieszka samotnie. Łączy ich wspólna tajemnica - kilka dni wcześniej obserwowali ze swoich okien scenę gwałtu dokonanego przez dwóch mężczyzn na nieznanej kobiecie. Jednak próba wspólnego spędzenia dalszej części wieczoru prowadzi do szokującego finału.
Świat ukazany przez reżyserkę w tym filmie jest rzeczywisty, ale jakże odległy od akceptowalnego. Jedyna akceptowalna scena rozmowy protagonistów w trakcie party sprawia wrażenie dialogu dwóch zafascynowanych sobą ludzi. Niemniej treść rozmowy ociera się o banalne schematy, tknie niemal kiczem. Jest to jednak świadomy efekt podkreślający tylko ich samotność i dzielącą ich przepaść. Dwójka rozbitków dryfujących na swoich własnych rozbitych okrętach. A może to dwójka martwych już za życia postaci. Może żyją tylko dzięki temu, że życie jest silniejsze od śmierci przez swoją brutalność. Dwójka ludzi podświadomie tęskniąca za intymnością niemożliwą do spełnienia w świecie, w którym żyją. Rozbite lustra,w których odłamkach zamiast romansu w stylu "Doktora Żywago" widać tylko nicość i śmierć.
Perfekcyjna forma filmu wzmaga efekt ciosu między oczy. Doskonała gra aktorska, świetne zdjęcia, dopracowana scenografia, dobrana muzyka - wszystko to sprawia, że tego filmu nie da się łatwo zapomnieć.
Na szczególna uwagę zasługują sceny seksu. Gwałcona kobieta zakneblowana owocem pomarańczy przypomina prosiaka na półmisku podanego z jabłkiem wsadzonym do ryja. Czy jest ona elementem uczty dwóch gwałcicieli? Zużyta podczas gwałtu prezerwatywa, której zimną już zawartość Marian rozciera w okolicy swoich genitaliów, rozbudza jej tłumioną seksualność. Zarówno Konrad, jak i później Marian wypożyczają z wypożyczalni filmy pornograficzne na płytkach DVD, a potem masturbują się w samotności. Potencjalnie intymny wieczór podczas którego Marian czołga się w kierunku wykrzykującego wulgarne przekleństwa onanizującego się szaleńczo Konrada przerwany jest sadystycznym jej pobiciem. Seks jest niezwykle naturalistyczny i brutalny, obezwładniający i bezwzględny, grzeszny i zwierzęcy. Nie przypomina to pornografii. Nie budzi podniecenia. Ukazuje rozpacz ludzi niezdolnych do nawiązania jakichkolwiek więzi. Człowiek skazany jest na ponurą samotność. A życie jest brutalniejsze od śmierci. Seks wiązany jest powszechnie z przekazywaniem życia. Czy seks jest w stanie zapewnić większą intymność od tej doznawanej w bliskim kontakcie z umierającym człowiekiem?
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook