Człowiek z Hawru / Le Havre
Słowo „le havre” znaczy po francusku „port”. Taką nazwę nosi też leżący nad kanałem La Manche największy port północnej Francji. Od XIV wieku jest głównym portem handlowym tej części wybrzeża. Hawr to licząca prawie 250 tysięcy mieszkańców aglomeracja. Tutaj obsługuje się 60% transportu kontenerowego Francji. Hawr uważany jest prze niektórych za największy port Francji i piąty co do wielkości port Europy. Jednak dane statystyczne wskazują na nieprawdziwość tej informacji. Więcej towarów przeładowuje m.in. położona w południowej Francji Marsylia. To właśnie ona zdetronizowała Hawr w kategorii największego francuskiego portu. Licząca ponad 1,5 miliona mieszkańców aglomeracja rozwija się dynamicznie. W ciągu dziesięciu lat liczba mieszkańców Marsylii powiększyła się o ponad 200 tysięcy. W tym samym czasie liczba mieszkańców Hawru zmalała o około 4 tysiące.
„Le Havre” jest tytułem filmu, który został wyselekcjonowany jako oficjalny kandydat Finlandii do Oskara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Reżyser Aki Kaurismaki w przeszłości pracował jako pomywacz i listonosz zanim został krytykiem filmowym, aktorem, scenarzystą i wspólnie ze starszym bratem Miką właścicielem firmy producencko-dystrybucyjnej Vilealfa. Bohaterowie jego filmów są nieudacznikami, outsiderami, rozbitkami. „Le Havre” nie ma jednak smutnej wymowy. Akcja rozgrywa się w Hawrze, który czasy swojej świetności wydaje się już mieć za sobą. „Wybrałem to miasto jako miejsce akcji, gdyż jest ono tak samo samotne, jak ja” - te słowa reżysera są na pewno przemyślane, gdyż w poszukiwaniu właściwego miasta objechał europejskie wybrzeża od Toskanii po Holandię. Trafność wyboru potwierdza włoski tytuł filmu „Cud w Hawrze” będący nawiązaniem do klasycznej baśni filmowej Vittoria de Sici „Cud w Mediolanie” z 1951 roku. W Polsce film wyświetlany jest pod tytułem „Człowiek z Hawru”
Początek fabuły przedstawia głównego bohatera. Jest nim Marcel Marx. To były literat z paryskiej bohemy, który na stare lata osiadł w Hawrze, pracuje jako pucybut, mieszka w skromnym domku na obrzeżach miasta wraz z żoną, a wolny czas spędza w ulubionej knajpce za rogiem nad kieliszkiem wina. Pewnego dnia rytm jego dość monotonnej egzystencji ulega zaburzeniu, gdy żona okazuje się być chora na raka i wymaga leczenia szpitalnego. Jednocześnie w jego życiu pojawia się czarnoskóry nastoletni chłopak, który uciekł z Gabonu i próbuje nielegalnie dostać się do Londynu.
Wbrew pozorom nie jest to film o nielegalnej imigracji. To raczej rodzaj czarnej komedii bardzo pogodnej i ciepłej. Nie ma w niej scen wywołujących napady śmiechu. Również fabuła nie jest wartka. Scenariusz sprawia wrażenie rozciągniętego i jest zdecydowanie słabszą stroną filmu. Jednak krótkie dosadne dialogi tworzą niezwykle poetycką atmosferę. To uzbrojona w optymizm baśń o wolności, równości i braterstwie, może zbyt piękna, aby była prawdziwa. Świetnie tę atmosferę podkreśla staranna scenografia i stylizowane zdjęcia. Statyczny obraz nasuwa skojarzenia z naiwnym malarstwem.
Sceneria przypomina lata sześćdziesiąte. Niemal wszyscy bohaterowie mają po pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat. Samochody są stare, a telefon komórkowy pojawia się tylko jeden raz w scenie, w której negatywny bohater składa donos do policji. Nawet muzyka, a zwłaszcza ta zawarta w scenie koncertu Małego Boba granego osobiście przez Roberta Piazzę jest wiernym przeniesieniem z minionej epoki. Niemal każdy szczegół ma więc jakieś znaczenie. Nie bez powodu protagoniści noszą określone imiona i nazwiska. Marcel Marx to skrzyżowanie Marcela Marceau – jednego z najwybitniejszych mimów w historii kina z Karolem Marksem – twórcą Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników. Jego żona nosi imię Arletty – modelki i aktorki francuskiego teatru i kina lat trzydziestych i czterdziestych. Inspektor policji nazywa się Monet niczym twórca malarstwa impresjonistycznego, a jego aparycja jest skrzyżowaniem francuskiego bohatera filmów o Różowej Panterze – inspektora Clouseau z amerykańskim porucznikiem Columbo. Afrykański chłopak ma na imię Idrissa, co oznacza „nieśmiertelny”. Nawet pies Marcela nosi imię Laika niczym pierwszy pies wystrzelony w kosmos w radzieckim satelicie. Ulubiona knajpka Marcela nazwana jest „La Moderne”, co w języku francuskim oznacza nowoczesność. A sala szpitalna, w której leży Arletty ma na drzwiach numer trzynasty.
Bohaterowie filmu są ludźmi o złotym sercu. Żyją i działają zgodnie ze swoim sumieniem. Mimo własnych problemów nie mają żadnych oporów w podejmowaniu decyzji o udzielaniu pomocy innym, których los okazał się ciężej doświadczyć. Niemniej w ukazaniu ich działania reżyser daleki jest od taniej uczuciowości. Dzięki temu film nabiera wartości uniwersalnych. Trudno dzisiaj o ciekawe przedstawienie więzi społecznych lub takich „zapomnianych”wartości jak braterstwo, solidarność czy bezinteresowna przyjaźń zwłaszcza, gdy określające je słowa ponabierały w codziennym użytku innych znaczeń. W tym aspekcie na szczególną uwagę zasługuje zakończenie filmu. Ostatnia scena ukazuje kwitnącą gałązkę wiśni. W pierwszej chwili może to budzić skojarzenia z kiczem. Jednak kwitnąca wiśnia jest powszechnie rozpoznawalnym znakiem Japonii. Nazywana w Japonii sakurą była w czasach drugiej wojny światowej symbolem poświęcenia i jedności społeczeństwa. Kwiat wiśni jest metaforą piękna i ulotnej natury życia.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook